Kategorie: Wszystkie | Historia | Kacpik | Mama | Reszta
RSS
wtorek, 03 listopada 2015
niedoczas

Czy tylko ja tak mam, że się nie wyrabiam?

Wiem, nie tylko ja... ale czasem mam wrażenie, że tylko...

Jak słyszę, koleżanki, w sensie KOLEŻANKI ( z pracy...), że tu o proszę, lekcje z dzieckiem, tam aerobik, potem idą zrobić paznokcie, a bo na obiad zrobiłam wymyślną surówkę, kawał mięcha z piekarnika i sos z 5 składników i cholera wie co jeszcze, a potem jeszcze upiekłam babeczki dietetyczne, no takie pyszne, że ci mówię, a potem jeszcze obejrzała film z mężem... Dżizas, naprawdę?

Ja jak wyjdę z pracy, przebiję się przez mikro korki, zahaczę o sklep i wrzucę do koszyka coś szybkiego na obiad i w końcu dotrę do domu, to sorry, ale jest już po 16. Zaznaczam, że naprawdę, złapię coś szybko, szybkiego na obiad. Nie chodzę w tempie wystawowym po sklepie i nie zachwycam się nowym zapachem płynu do płukania. I nie pracuję do cholerka wie której, bo  wstaję tuż po piątej rano a zaczynam o 7, zatem kończę o 15. Potem owszem, lekcje z Kacprem, które ciągną się w nieskończoność, czasem uda mi się w międzyczasie wstawić pranie. Pogadać z mężem - w locie - między jednym zadaniem z matmy, a drugim. Po darciu się sierścia, poznaję, że trzeba napełnić miski i skontrolować kuwetę.  A tu zaraz trzeba przecież, napisać wypracowanie z polskiego... w sensie błędy sprawdzić itp. 

Nie wiem kiedy, robi się 20.  W końcu muszę zasiąść do pracy dodatkowej, nie że uwielbiam, dorabiam, po prostu. Bywa, że trzeba. I ślęczę tak, ze 2 godziny, aż mi się przypomina, że o cholera jasna, pranie w pralce się skończyło i zaczyna się kisić. Jak się zwlekam by się nim zająć, to spostrzegam, że przecież ni umyłam garów po obiedzie, szlag..., nie zostawię do jutra, bo mnie to drażnić będzie od samego rana. I humor psuć... To myję. A potem, żesz kurna to pranie nieszczęsne mi się przypomina. 

Jak już powieszę to pranie, to stwierdzam, że może się już umyję, do spania? To idę. Stoję pod prysznicem, styrana nie wiem czym, wychodzę, suszę włosy. I jakoś tak dziwnie. Bo zaczynam się orientować, że coś nie tak, z tymi włosami... jakoś takie nie teges. I wtedy doznaję olśnienia, że przecież tylko je zmoczyłam.... bez użycia szamponu. No jasny gwint... załamka. Ładuję się znowu pod prysznic, myję włosy.  Znowu je suszę... jak to dobrze, że są mega krótkie, bo trwa to tylko parę minut.

Pakuję się w piżamę i stwierdzam, że przydałoby się zmyć stary lakier do paznokci i zaaplikować nowy. Ale mi się już nie chce. Nie mam siły i chęci, dlatego używam tylko bezbarwnej odżywki. Zawsze. Bo i tak nie widać że poodpadała...

Czasem zdarzy mi się nawet kupić sobie krem/mleczko/balsam czy inne paskudztwo do ciała, bo raczej suchą skórę mam.  Ale nie chce mi się nawet tego w siebie wcierać. 

Jak te laski to robią? Serio? Mają czas na te wszystkie pitu pitu manikiury srury i te inne trzydaniowe obiady? Czy tylko to takie gadki szmatki na pokaz?

20:25, monia23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2015
Dziecko nam dorasta c.d.

Coś w tym jest, gdy mówi się, że małe dziecko, mały problem, duże dziecko, duży problem.

Co prawda, jak dziecko jest małe i się drze, bo ma kolkę, gazy czy co tam jeszcze w ten deseń, to wydaje się nam, że olaboga, koniec świata. Normalnie. A jak już jakąś jelitówkę załapie, to armagedon. Bo punkt widzenia, zależy od punktu patrzenia. Ale nie w tym rzecz do końca. 

Jak mały dziad jest mały, to niby co spędza nam sen z powiek? Czy się najadł. Czy nie za zimno, albo za gorąco. Żeby się nie wykopyrtnął zbyt boleśnie, bo że się wykopyrtnie to oczywiste. Żeby w piaskownicy za dużo piachu się nie nażarł albo grabkami przez łeb nie dostał. Żeby jakiejś zmutowanej bakterii nie złapał. Ćwiczymy dziada żeby nie seplenił, albo wciskamy na rowerek żeby się uczył, a co, niech ma. I takie tam inne w sumie popierdułki. 

Jak idzie już do szkoły to się dopiero zaczyna... na początku to jeszcze lajcik. Już pomijam "cudowne" panie nauczycielki, to temat na inny wieczór. Niby lekcje są, ale na początrk szlaczki jakieś, pitu pitu. Ale w pewnym momencie człowiek zaczyna myśleć,  cholera jasna, było jednak z młodym wycinanki trenować, bo operator nożyczek to z niego słabo wykwalifikowany. A potem, o zgrozo, okazuje się, że niechęć domowa do śpiewania w domu kolęd, to jednak był błąd, wielbłąd, bo teraz by się przydało by dziecko śpiewało, a nie chce, no i klops. I inne tego typu kwiatki. No ja myślałam, że do szkoły idzie się po to, by się uczyć, a tu okazuje się, że nie! Idzie się po to by się wykazać, co się już umie, w sensie co nadgorliwa matka nauczyła. Tyle że ja z tych wyrodnych, do pracy mi się zachciało, zamiast potomka od pieluch szlifować, jak ten diament. 

Ale to jeszcze nic. Bo potem nagle ze smarkacza, niewiadomo kiedy, robi się prawie nastolatek. I tu dopiero się człowiek za głowę łapie. Okazuje się bowiem, że przecież tak całkiem niespodziewanie, hoduje się w domu pełnoprawnego obywatela świata. I któregoś dnia, a taki nadejdzie, wykopsnie się tego młodego człowieka w ten świat i przydałoby się, by młody się w tym świecie ogarniał. Tylko jak to zrobić? Tresować by wyszkolony był? Czy głaskać po głowie coby niestresowy był, przecież i tak tyle stresu wkoło.  Ale jak ciamajde się wyhoduje? To może się drzeć i musztrę stosować, niech od razu się uczy, że życie to nie bajka, lekko nie ma i to tamto. A może zostawić tak samopas, co ma być to będzie, w końcu na nas zadziałało. 

I tak sobie czasem myślę, że coraz gorzej normalnie. Niedługo spać po nocach nie będę, tylko dumać jak ugryźć temat. Kiedyś to było jednak lepiej, wypuszczało się na dwór i przetrwał silniejszy, a ten słabszy szybko się uczył jak być silniejszy i w sumie jakoś samo to wychowywanie szło. A teraz? Co zrobiliśmy nie tak, że się dzieci same niechcą wychowywać? 

22:12, monia23 , Mama
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2015
Bebzon
Idziemy sobie. Kacprowi coś tam się przypomniało z wcześniejszej tego dnia rozmowy i dalej ciągnie temat, tłumaczy.

- Ale mamo, to nie tak, że ja się domyśliłem tego, że przypuszczałem. Mamo, ja to czułem w trzewiach.

- ....?

Kaper poklepując się po brzuchu z jednocześnie wyszczerzonymi zębami:

- No co, mamcia, uwierz w bebech!
PRACA
Życie bywa, a właściwie jest zadziwiające. A najbardziej zadziwiający są ludzie, tak sobie myślę. Z racji miejsca w którym pracuję, trochę się ich naoglądam. Ich różnym zachowaniom, dziwactwom itp.
Z reguły jestem profesjonalnie miła, a zresztą lubię ludzi, poznawać ich, rozmawiać, obserwować. Ale czasem to naprawdę, do szewskiej pasji mnie potrafią doprowadzić.  Szczególnie w pracy. Człowiek czasem na rzęsach staje, lawiruje między czasem, zadaniami, priorytetami, byle tylko ktoś tam był zadowolony, usatysfakcjonowany. Ogólnie jest tak, że to wszystko się udaje.
Weźmy takich cudzoziemców. Czasem w pracy to nie musimy porozmawiać, by wiedzieć, że ten to made in USA, a tamten to Angol jak nic. Typowi w większości bywają. Niemcy też. Nie mam nic do nich, ogólnie. Ale bywają takie "starsze niemieckie dziadki", które właśnie do tej szewskiej pasji mnie doprowadzają.
Całkiem niedawno odbieram telefon w robocie i słyszę po drugiej stronie delikwenta  typu "Ordnung muss sein".
Po niemiecku owszem, dogadam się, ale szału jakiegoś znowu nie ma, wolę jednak z obcokrajowcem po angielsku. Ale że miła w pracy jestem, to w 99% przypadków, jak już jakiś Niemiec niekoniecznie in inglisz, to ja przerzucam się na dojcz. Tym razem rozkazujący ton dziadka poruszył mą nie tę co trzeba strunę. To ja mu uprzejmie, że nie ja tylko inglisz. Nosz kurna, chce se dziadek rezerwacje w Polsce zrobić, i nawet minimalnego wysiłku nie wykona by się dogadać. Ani rusz. Słyszę, że zaczyna powoli pianę bić w słuchawce i się upiera, że on tylko po niemiecku. Coraz bardziej rozkazująco i z fochem. Zaczyna mi pluć prawie w ucho, że on chce z jakimś kolegą (albo koleżanką), który mówi po niemiecku.
Nosz dziadu jeden, se myślę, by cię gęś kopła, będzie mi tu sapać do słuchawki, szajsować itp. że on tylko dojcz, jak nie to on nie zrobi rezerwacji, ależ mi ciśnienie podniósł. Byłby stary zgred miły, to byśmy pogadali, ale że szkop jeden zaczął się rzucać w amoku po drugiej stronie, to zupełnie profesjonalnie i absolutnie grzecznie, miło i z uśmiechem na ustach, że sorry bardzo, ale ja tylko po angielsku.
Rozmowa się zakończyła jego kolejnym szajse i rzuceniem słuchawki. I podsumowując, ok nie wspięłam się na wyżyny profeski. Pewnie dostałabym małe opeer gdyby przełożony wiedział. Ale tak normalnie i logicznie myśląc, to czemu z tymi szkopskimi dziadkami ( nie wszystkimi, nie) jest, że jak się pojawią tu w Polsce, to z miną pana i władcy, żądają, wymagają, by rozmawiać z nimi po niemiecku. Nawet na nauczenie prostego "dzień dobry" ich nie stać. Przez gardło im nie przejdzie. O angielskim też zapomnij, przecież Polska graniczy z Niemcami, więc Polacy powinni znać niemiecki. No ba.
To ja się pytam, czemu to nie działa w drugą stronę? Bo jak taki Polak, pojedzie do Niemiec, to przecież nie u siebie w kraju jest, powinien po Niemiecku nawijać. Przecież taki Polak sam się pcha za granice, to niech się teraz martwi jak się dogadać.
I nie, po angielsku się nie dogada.
Byłam ostatnio dosłownie rzut beretem za miedzą, polską miedzą. Wybraliśmy się rodzinnie i naszło nas na zwiedzanie Parku tuż obok, i pałacu będącego już na tejże niemieckiej miedzy. Jak przyszło do kupowania biletu wstępu, to ni h...a, ani po polsku, ani po angielsku. Domyślałam się, że tak będzie, ale dla jaj sprawdzałam. Jakbym nie zaczęła szprechać, to chyba na migi i rysując, byśmy musiały z Paniami (sympatycznymi zresztą) się dogadywać. Już nie wspomnę, że Park jest częściowo na polskiej miedzy a w Pałacu tablice informacyjne i nawet efekty dźwiękowe przy zwiedzaniu (pogadanki) po polsku. Ale NIKT z obsługi tam po polsku nie mówi. Po angielsku też nie spotkałam... Pomijam fakt, że Park śliczny i warto zwiedzić.

To jak to jest, jak my jedziemy gdzieś, to musimy się dostosować, a jak taki szkopowaty-szkop się tu zapędzi, to też my musimy się do niego dostosować? A że niby dlaczego? 
21:41, monia23 , Mama
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2014
Dziecko nam dorasta
Jakiś wtorek, czas kiedy grają serial, ktòry zdarza mi się oglądać.  Mam jednak ochotę na ćwiczenia.
Ja do taty: Tata nagraj mi to, obejrzę sobie innym razem, idę poćwiczyć. 
Tata: Nie ma nagrywania! Albo oglądasz teraz, albo nie ma oglądania ;)
Kacper: Tata daj mamie poćwiczyć swoje sadła. 
Tata: Ale mama nie ma sadła....
Kacper: Tata niech mama sobie poćwiczy, żeby przyciągać twój wzrok do spraw, do których ja jeszcze nie dorosłem.
My: .... ?.... 
21:21, monia23
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 maja 2013
Opowiadanie ostatecznie Kacper napisał sam. Tak się rozpędził, że tata już nie miał nic do dodania.

Wersja po naprawdę bardzo delikatnych poprawkach ortograficznych i stylistycznych:

" Jest rok 2013, ludzie pogrążyli się w chaosie apokaliptycznym. Dwaj bohaterowie, zamieszkali w odległej krainie, gdy dowiedzieli się o inwazji kosmitów na ziemię, postanowili, że będą z nimi walczyć i bronić obywateli ziemi. Tytan Maks i Super Maksimus ruszyli na ratunek ludzkości. Walczyli u boku ludzkości. Tytan Maks wziął strzelbę i zaczął unikać ataków, przezwyciężał, walczył, niszczył. Super Maksimus zaczął walić trzema robotami o roboty i powiedział do reszty 'Kto następny?', a oni zawołali ogromnego robota. Super Maksimus wzbudził w nim płacz i on wybuchł i inni też. Reszta miała statek, a Super Maksimus pomyślał sobie, że sprawi by wszystkie roboty zasnęły, nawet te kierujące statkiem i statek się przewróci i wybuchnie. W tym czasie Tytan Maks dzielnie przelatywał i niszczył i unikał ciosów. Super Maksimus przyciągnął do swojej ręki 1000000 robotów i zmielił w mikserze roboty i skoczył w ogromną przepaść. I powiedział w myślach, że zrobi tak, że zapomną wszystko i wszystko wróciło do normy.
Tata w pracy, mama w pracy, Kacper rysuje u babci i wszystko w normie. Koniec. "


22:47, monia23
Link Dodaj komentarz »
superbohaterowie
Kacper wymyślił, że napisze z tatą superopowieść o superbohaterach.
A zaczyna się tak:

"Jest rok 2013, a ludzie pogrążyli się w chaosie apokaliptycznym..."
21:48, monia23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2012
przeprowadzam którąś z kolei rozmowę rekrutacyjną, rekrutowana zachwala się jak może, ja obserwuję.

Rekrutowana twierdzi, że jej hobby to czytanie książek. O, ja też lubię, to zaczynam drążyć temat. Wypytuję się, to co konkretnie lubi czytać, a jaki autor, a co i pstro. Rekrutowana lawiruje ale brnie dalej. To się pytam, ok, to jaką ostatnio przeczytała książkę?

Eeee...yyyy... nie pamięta.

Kurna, no jak można nie pamiętać? No ale dobra, mi też się zdarzało nie pamiętać nazwiska autora.  To o czym była ta książka?

Eeee....yyyy....nie pamięta.

Japierdziu, coraz gorzej. To kiedy ostatni raz przeczytała książkę?

No jakiś rok temu bo ostatnio to nie ma czasu.....

????

PS. Od roku ponoć szuka pracy, widać strasznie dużo czasu jej to zajmuje.


21:33, monia23
Link Dodaj komentarz »
pewnego piknego dnia do pracy trafiło do nas kolejne CV, czytamy, bla bla bla itp. czytamy datę urodzenia
- ???? Emka widzisz to? Przecież to jest 1991 rok?? Rany, ogarniasz temat? Ile ten człowiek ma lat?? Rety to małolaty już pracy szukają?
 
- No faktycznie, przecież ten ktoś jest młodszy o x lat? On ma dopiero...eee, on ma 20 lat...

I na to się moja recepcjonistka odzywa:

- Ej no, ja też mam 20 lat.

szit
21:28, monia23
Link Dodaj komentarz »
przed telewizorem

Kacper siedzi w pokoju i ogląda TV
tata w innym pokoju przed kompem
ja w kuchni robię kolację
wołam do dziecka:Kacper, chodź tu do mnie do kuchni, co tam tak sam będziesz siedział, pogadamy sobie, no chodź

żeby nie było, że dziecko samo w pokoju a każdy rodzic w innym kącie
a dziecko na to:

- PRZECIEŻ WIADOMOŚCI OGLĄDAM!!!


21:22, monia23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30