poniedziałek, 27 lutego 2012
przeprowadzam którąś z kolei rozmowę rekrutacyjną, rekrutowana zachwala się jak może, ja obserwuję.
Rekrutowana twierdzi, że jej hobby to czytanie książek. O, ja też lubię, to zaczynam drążyć temat. Wypytuję się, to co konkretnie lubi czytać, a jaki autor, a co i pstro. Rekrutowana lawiruje ale brnie dalej. To się pytam, ok, to jaką ostatnio przeczytała książkę?
Eeee...yyyy... nie pamięta.
Kurna, no jak można nie pamiętać? No ale dobra, mi też się zdarzało nie pamiętać nazwiska autora. To o czym była ta książka?
Eeee....yyyy....nie pamięta.
Japierdziu, coraz gorzej. To kiedy ostatni raz przeczytała książkę?
No jakiś rok temu bo ostatnio to nie ma czasu.....
????
PS. Od roku ponoć szuka pracy, widać strasznie dużo czasu jej to zajmuje.
pewnego piknego dnia do pracy trafiło do nas kolejne CV, czytamy, bla bla bla itp. czytamy datę urodzenia - ???? Emka widzisz to? Przecież to jest 1991 rok?? Rany, ogarniasz temat? Ile ten człowiek ma lat?? Rety to małolaty już pracy szukają? - No faktycznie, przecież ten ktoś jest młodszy o x lat? On ma dopiero...eee, on ma 20 lat...
I na to się moja recepcjonistka odzywa:
- Ej no, ja też mam 20 lat.
szit
przed telewizorem
Kacper siedzi w pokoju i ogląda TV tata w innym pokoju przed kompem ja w kuchni robię kolację wołam do dziecka:Kacper, chodź tu do mnie do kuchni, co tam tak sam będziesz siedział, pogadamy sobie, no chodź
żeby nie było, że dziecko samo w pokoju a każdy rodzic w innym kącie a dziecko na to:
- PRZECIEŻ WIADOMOŚCI OGLĄDAM!!!
czwartek, 12 sierpnia 2010
przy obiedzie
Siedzimy sobie kulturalnie przed domem na bujanko-ławeczce i jemy obiad. Przeżuwamy. Kacper miesza i to ostro. Przed obiadem przemycił czekoladę, na obiad karkówka z grilla z sałatką z majonezem m.in. Kacper popija to mlekiem o smaku czekoladowym oraz pistacjowym, na zmianę. Tata: Kacper nie mieszaj tak bo będziesz miał rowzwolnienie. Kacper: Nie będę miał, tata ty będziesz miał rozwolnienie, takie duże śmierdzące i rozsadzisz nam kibel! Hahaha! Ja: Kacper weź się opanuj, też masz teksty do obiadu.. Kacper: O-Oł piernąłem, chyba chce mi się kupę, ale nie bedę miał rozwolnienia, tata bedzie miał, fujjjj... ... i miej tu facetów w domu, przy obiedzie, i weź tu kogoś zaproś... A tak jak już w temacie... Kacper ZAWSZE podczas obiadu MUSI iść albo siku albo to drugie. Zawsze. Albo zaraz jak zasiądzie przy stole, albo w połowie konsumowania. Ja nie wiem, to jakieś nieuleczalne jest...
piątek, 06 sierpnia 2010
trochę mi przeszło
ok trochę mi przeszło. Dzisiejszy dzień zaliczam do małego sukcesu. Pobawiłam się z młodym, zbudowaliśmy domek z biurka, materaca, krzesła i trzech kocy - cudny był. Na potrzeby chwili robił za wehikuł czasu w którym przemieszczaliśmy się do prehistorycznej epoki dinozaurów, z Mańkiem i Sidem i resztą w tle naturalnie. Był czad. Ale to nie wszystko, ło nieeee, bo wzięłam i odgruzowałam okna. Japierdziu. Ale czad. Dosłownie i w przenośni. Owszem, bywa, że mąż myje okna, ale tak tylko szyby w oknach raczej. Wziełam więc i odwaliłam czarną robotę. łał. Dumna jestem z siebie bo troche tych okien mam do szorowania, a że wzrostem nie grzesze to i wspinać się było gdzie i na co. Bo jak już się okna myje to i firanki też by się przydało nieco teges. Sie urobiłam. A po domu koty ganiajo...Ale nie te w przenośni, te dosłownie. Dzisiaj jakiegoś świra dostały, kręciołę czy co? Jakoś dziś ich nie poznaję. Takie nie leniwe brytki dzisiaj były tylko szalone tygrysy jakieś z dziczy. Ale żeby nie było za fajnie, uraczyłam sie dziś w porze południowej kawą, parzoną. I mam za swoje, spać teraz nie mogę bububu... O kurka, to już TA godzina. A rano trzeba wstać.
wtorek, 03 sierpnia 2010
brakczas
Czy tylko ja tak mam, że mam wieczny brakczas? Czekałam na ten urlop i czekałam, że wtedy to się dopiero zabiorę do roboty. Że niby w domu, porządeczki powarzniejsze, jakieś tam zaległości pisaniowe te i owe. I wogóle różne różności. A tu gdzie tam, nic z tyc rzeczy. Jedyne co mi się udało jak do tej pory to w ciągu tych 5 dni od czasu rozpoczęcia oficjalnie urlopu to przeczytać dwie książki średnio 600 stron każda. Może dlatego nie miałam na nic innego czasu... Ale tak serio to przecież nie tylko o to chodzi. W końcu jak juz przeczytałam, to mam czas tak? Nie. Bo dziś wstaliśmy z Kacprem i to co mi się udało to zrobić obiad. A poza tym to czas jakoś tak między paluchami ucieka....jak deszcz z dziurawej rynny. I co robić? Jak w dodatku nie chce sie nic robić. A pogoda to już wogóle miodzio. Czy ja jakaś taka naprawde okropna jestem, że jak ma urlop to ZAWSZE musi padać deszcz? Heloł? Co ja komu takiego zrobiłam, że NIGDY nie mogę się wtedy powygrzewac w słonku. Skoro już nic nie robię, to bym chociaż nic nie robiła leżac plackiem przed domem. Ale nie. Lepiej zionać ducha na kanapie w domu. Bo co, niby mam po kałużach skakać? Czy jak. Te czasy dzieciństwa już niestety minęły, kiedy się brykało na boso w ciepłym letnim błotku. Ha, teraz nawet ciepłego błotka nie ma, jest owszem ale obślizgłe, brudne i zimne. Fuj. Tak, dzień narzekania coś chyba. Tylko Tori Amos w tle mnie ratuje...
niedziela, 11 kwietnia 2010
Święta Wielkanocne znowu minęły nam nie tak jak treba. Tzn, te rok temu były ekstra, tym razem miało byc podobnie i piszą ctym razem, mam na myśli kacperkową niespodziewajkę. A mianowicie młody nas nastraszył, zaczęło mu się najpierw 'sraczką', poem bólem głowy, ale przy okazji zero gorączki i bólu gardła. A było to dziwne... Sobota niby świąteczna minęła nam na zbijaniu gorączki, noc również. W niedzielę, zamiast do zoo, wyruszyliśmy na pogotowie. A tam, genialny lekarz, stary pryk, stwierdził, że u dziecka gorączka 38,5 to żadna gorączka. A zaraz potem, że skoro boli go głowa i ma taki dziwnie wrażliwy brzuch ( dziwne żeby nie miał, jak go dotyka stary pryk zimnymi łapami..) to NA PEWNO to od zastawki. I wypisał skierowanie na chirurgię dziecięcą. Ja, matka rostrzęsiona od trzech dni, nie myśląca już całkiem trzeźwo chyba i w dodatku wkurzona lekko postawą pana doktorka, dałam za wygraną. A trzeba wspomnieć, należy więc, ża pan doktorek nawet nie osłuchał Kacperka i w gardzioło nie zajrzał.... A tam co? A tam jak nic angina się rozwijała była właśnie. Stwierdziłam to ja, początkujący lekarz synalkowo-domowy jak wróciliśmy do domu. Ale po takim stwierdzeniu to tylko ulga, że nie pakujemy się do Poznania do szpitala. Leków Kacper nadal potrzebował, ja niestety ich nie wypisuję :o)) Skończyło się na tym, że przyjechała do nas miła Pani doktor na wizytę prywatną, domową. Pokręcila głową na relację z pogotowi, zajrzała tam gdzie trzeba, wypisała to co trzeba i na drugi dzień, Kacper cudownie ozdrowiał i tak od tygodnia już roznosi nam dom, bo się w przedszkolu nie może wybrykać, bo w domu naturalnie siedzi. Ale koniec tego, jutro wraca na łono nauki przedszkolnej, niech tam bryka, a co. PS. Z innej beczki: (') nadal nie do końca dociera do mnie to, co się wczoraj stało... jak w filmie... ale niestety to prawda...
poniedziałek, 22 marca 2010
mamusiu wiesz co? Jak ja już będę tą rakietą leciał, to tak sobie myślę, że będzie mi Agaci brakować (kuzynka). Bo wiesz co? Jak ja będę ta rakieta lecieć, to potrebuję ciebie, taty i Agaci. To nie będzie mi smutno. Mamusiu, to kiedy plecimy rakietą? Kacperku, ale nie można tak sobie polecieć rakietą. trzeba bardzo długo się uczyć, być najlepszym i zostać astronautą, albo mieć BAAARDZO dużo pieniędzy. Aha.... Tatuś, a masz dużo pieniędzy? Bo mama powiedziała, że trzeba mieć dużo żeby poleciec rakietą, a ja bym chciał. To kiedy polecimy?
Trochę nas ostatnio nie ma. Ale to dlatego, że są z nami małe kotki. Kociaki słodziaki. Pluszaki. Miziaki. I raczej wolimy sie w nie wgapiać niż w monitor. Wszyscy. Jak w telenowelę brazylijską czy inną. Bo właściwie to niby nic się nie dzieje. Ale oderwać się nie można. Maluchy nieporadnie się gramolą. Udają, że niby są tygrysami. Ale ogólnie to takie ciapki jeszcze z ledwo otwartymi oczami. No take bejbiki kocie. Ech...
piątek, 19 lutego 2010
Robson
Nasze kocurzysko, młodzieniaszek pierwszej świeżości Robin poczuł wiosnę nosem. W końcu marzec się zbliża, czyli wiadomo o co chodzi. W związku z powyższym bywa jeszcze bardziej złośliwy niż jest w rzeczywistości. Łazi toto i miałczy w niebogłosy, kręci się po domu i szczęścia szuka. Tym też oto sposobem nasze biedne koteczki Carmen i niewiedzieć ile w jednym, czyli ciężarna Tori muszą być odizolowane. Dlategóż, iż aczkolwiek ponieważ gdyż, Robin uno napada Tori, czego zdecydowanie robić nie powinien, tym bardziej teraz... Ale chłopisko głupie jeszcze i nie wie. No to się drze. No to go ganiam i tłumaczę, że Tori jest teraz nietykalna, ale on jakby zamroczony conieco. I się burzy jeszcze, że niby co ja od niego chcę... Skutki uboczne też są, chociaż zależy jak na to patrzeć... Bo z okrągłej kluchy, z racji diety, w sensie że wzdycha i o jedzeniu niby nie myśli i zapomina, robi się makaronik niteczka z naszego Robina. Dzisiaj się na mnie obraził. Trochę na niego nakrzyczałam. To potem ostetntacyjnie zademonstrował swoją urazę układając się do drzemki przy nogach męża a nie moich. No po prostu załamałam się...doprawdy.... Ale szybciutko mu przeszło i po staremu znowu gania za mną w te i we wte. Aktualnie nie może się zdecydować, czy wygodniej jest ułożyć się i zasnąć na kolanach, czy jednak na klawiaturze.... mrrrrrrrrrrrr
|
|